Nowy blog w państwie zakazów
W lutym tego roku prof. Jerzy Hausner wraz z Brygidą Kuźniak w Gazecie Wyborczej opublikowali następujący tekst:
PiS – państwo zakazów
[..]
Po pierwsze, skończyła się – i to zanim się naprawdę rozpoczęła – zapowiedziana przez PiS odnowa moralna życia publicznego. Koronnym przykładem jest Andrzej Lepper – osoba skazana, a dzięki poparciu PiS piastująca stanowisko wicemarszałka Sejmu. Podobnie w Krajowej Radzie Sądownictwa zasiądzie sądzona niegdyś za przyjęcie korzyści majątkowej Alina Gut. Przykładem swoistej sanacji moralnej w łonie PiS może być także przywrócenie przez tę partię w swoje szeregi Jacka Kurskiego. Autor haniebnego ataku na Donalda Tuska pozostał w PiS osobą prominentną.Po drugie, niektóre rozwiązania ustawowe forsowane przez PiS budzą poważne wątpliwości konstytucjonalistów. Przywołać wystarczy pospiesznie uchwaloną, bez koniecznych konsultacji i pełnej debaty, nową ustawę medialną. Reforma KRRiT sprowadzająca się do zmniejszenia liczebności i skrócenia jej kadencji (w celu obsadzenia swoimi ludźmi) oraz wyposażenia w nowe zadania, jak “inicjowanie ochrony zasad etyki dziennikarskiej”, jest niczym innym jak naruszającym konstytucję opanowywaniem mediów przez partię rządzącą. Oprotestowania wymaga też pomysł PiS zmiany ustawy lustracyjnej w postaci zniesienia rzecznika interesu publicznego i sądu lustracyjnego. Rozstrzyganie, czy ktoś był tajnym współpracownikiem, ma odbywać się w trybie administracyjnym, a decydować mają pracownicy IPN. Osoba obciążona zarzutem współpracy może zaś tylko próbować wykazać własną niewinność. Taka konstrukcja prawna wydaje się poważnie naruszać konstytucyjne prawa obywateli.
Po trzecie, wiele działań łamie dobre obyczaje publiczno-polityczne. Wystarczy przypomnieć, że publikujące treści ksenofobiczne i nietolerancyjne Radio Maryja oraz Telewizja Trwam zostały wybrane przez polityków PiS na swoistą tubę propagandową partii, a szef obu stacji o. Tadeusz Rydzyk został “quasi-rzecznikiem” rządu. Minister Ludwik Dorn zaś jakby zapomniał, że lekarz do wojska może być powołany w sytuacji uzasadnionej potrzebami obronności, a nie może być to narzędziem szantażu ekonomicznego.
Po czwarte, widzimy próbę ominięcia przez rządzącą partię wypracowanych standardów prawnych. Minister Zbigniew Ziobro zapowiada zwiększenie represyjności prawa i wysokości orzekanych kar w sytuacji, gdy brak naukowo zweryfikowanych dowodów, że takie działania zmniejszają przestępczość. Lansowana jest niedopracowana koncepcja sądów 24-godzinnych, w których zeznania policjanta mogłyby być jedynym źródłem dowodu. Wiceminister edukacji Jarosław Zieliński zapowiada z kolei ustawę o Narodowym Instytucie Wychowania, co może doprowadzić do naruszenia prawa rodziców do wychowania religijnego i moralnego dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Zapowiedziano także zredukowanie emerytur oskarżonym będącym funkcjonariuszami peerelowskiej bezpieki, czego nie da się wprowadzić bez złamania reguły, iż prawo nie działa wstecz, oraz reguły, że nikt nie może być ukarany bez wyroku sądowego. Czy dla odwetu naprawdę warto rozmontowywać zasady stanowiące opokę państwa prawa?
Polityzacja zamiast profesjonalizacji
PiS dąży do zawłaszczenia publicznej przestrzeni myśli, zaś narzędziem tego dążenia jest opanowanie mediów publicznych. Opanowanie tej przestrzeni nieuchronnie prowadzi do ideologizacji państwa, które stanie się cenzorem i strażnikiem jedynej prawdy, usprawiedliwiającej ograniczanie praw jednostki i wolności obywatelskich. Służy temu świadomie prowadzona aneksja języka debaty i ustanawianie takich jej reguł, które nie tylko określone poglądy, ale i pewne zagadnienia – jak np. np. eutanazję, bioetykę, czy aborcję – eliminują z dyskursu publicznego.Nieodparcie nasuwa to skojarzenie z koncepcją jedności moralno-politycznej narodu, tym razem jednak na modłę katechetyczną. Teraz kryterium poprawności stać ma się narodowokatolicki i ksenofobiczny patriotyzm. Odgórne narzucanie i ustanawianie takiej jedności wyprze stopniowo z przestrzeni publicznej wszystkie mniejszości, które nie uznają dyktatu rządzącej większości i jej moralnych racji. Sparaliżuje aktywność społeczną i inicjatywę obywatelską.
Postępowanie rządu sprowadza się do unikania jakichkolwiek problemów, których podjęcie powodowałoby utratę popularności. Działania ograniczają się do składania obietnic oraz zabiegów marketingowych mających osłaniać systematyczne przejmowanie kontroli nad kolejnymi strukturami władzy publicznej. Rezultatem jest rządzenie bez szerszej wizji i programu, a więc także bez podejmowania jasnych zobowiązań, a jednocześnie rządzenie, które pod populistyczną fasadą kryje posunięcia prowadzące do utrwalenia władzy. Monopolizowanie władzy prowadzi zaś do upolitycznienia administracji publicznej i służb państwowych.
Obserwujemy to szczególnie w przypadku służb specjalnych, w których dokonywana jest regularna czystka, czego nie należy mylić z weryfikacją przeprowadzoną u progu III RP. Obecnie nie chodzi o to, aby oficerowie służb specjalnych rzetelnie służyli demokratycznemu państwu, ale o obsadzenie tych służb swoimi ludźmi. Gdy tak się stanie, służby specjalne staną się po prostu policją polityczną w rękach rządzących. Polityzacja służb dokonuje się także w policji oraz prokuraturze. Ustanawiany jest obyczaju ręcznego ich sterowania, o czym świadczy zwolnienie oskarżonych o lincz we Włodowie na osobiste polecenie ministra sprawiedliwości.
Postępowanie takie jest odwrotne do zapowiadanego w ramach deklaracji naprawy państwa. Zamiast profesjonalizacji występuje polityzacja. Wymienione przykłady dobitnie wskazują, że pod hasłem uzdrowienia dokonuje się przyspieszone i hurtowe psucie tych instytucji. Zamiast korygowania i konsolidowania demokratycznego, rynkowego i obywatelskiego ładu mamy zawłaszczanie i kolonizowanie: totalny podbój państwa przez jedną opcję polityczną.
Pospolite ruszenie w obronie demokracji
W artykule “Faszyzm nam nie grozi” Michał Szułdrzyński twierdzi, iż oponenci zwycięskiego PiS zwarli szyki do “nowej wojny kulturowej”. Twierdzi, że owa wojna kulturowa trwa w najlepsze, a jej celem jest kompromitacja prawicy i konserwatyzmu. “Jeśli bowiem uda się wmówić Polakom, że wszystko co prawicowe jest niebezpieczne [...] – lewicowa koncepcja przebudowy społeczeństwa nie będzie miała żadnej rozsądnej przeciwwagi, żadnego partnera, z którym można by rozmawiać”.
W Polsce nie toczy się wojna kulturowa, a jeśli już, to na pewno nie zaczepna, tylko obronna. Trwa obrona demokracji, zresztą dość chaotyczna, niezorganizowana, bez sztabu sterującego na zapleczu, ot, po prostu pospolite ruszenie. Publicyści, kilku polityków, przedstawiciele różnych stowarzyszeń oraz obywatele nigdzie niezrzeszeni przystąpili do obrony swych wolności i zasad państwa prawa, gdyż poczuli się zagrożeni.
Nie chodzi o wzniecanie rewolucji i wmawianie Polakom, że wszystko co prawicowe jest niebezpieczne czy wymagające zdecydowanego odrzucenia. Nie konserwatyści, lecz zwolennicy liberalnej formuły społeczno-kulturowej są zagrożeni, ponieważ nie są reprezentowani w strukturach władzy, a ta zdaje się widzieć siebie jako depozytariusza prawdy absolutnej. Nie chodzi o to, by zniszczyć przeciwwagę dla liberalnego światopoglądu – bądźmy zresztą realistami, w świetle wyników wyborów nie ma na to najmniejszych szans – lecz o to, by liberalna część Polaków mogła swobodnie oddychać.
Sam fakt, że PiS ma swoje poglądy, nie niepokoi, sprzeciw budzi, iż uznając je za obowiązujące i w ich imię ideologizuje i zawłaszcza państwo, do czego nie upoważnia nawet uzyskanie najlepszego wyniku w demokratycznych wyborach. Głoszenie przez oponentów prawicy zagrożenia faszyzacją życia publicznego może być odbierane jako pewna przesada. Pamiętajmy jednak, iż rozmawiamy językiem publicystyki i manifestacji, nie zaś językiem ustawy czy orzeczenia sądowego. Zgodzimy się nawet również, iż można dopatrzyć się znacznej niechęci “środowisk wolnościowych” do polskiej “konserwy”, chcemy jednak przywołać Voltaira: “nienawidzę twoich poglądów, ale oddałbym życie za twoje prawo do ich głoszenia”. Obawiamy się, iż PiS mówi dzisiaj zupełnie inaczej – nie podzielam twoich poglądów, więc zakazuję ci ich manifestowania. Na to nie można się zgodzić, przed tym trzeba się bronić. Ot i cała “wojna kulturowa”.
07.02.2006, Gazeta Wyborcza
Trudno się nie zgodzić z powyższym artykułem, zwłaszcza z perspektywy czasu. Szkoda, żeby takie pióro “marnowało” się. Dlatego też bardzo się ciesze, że
prof. Jerzy Hausner zdecydował sie pisać swojego bloga:
[źródło: demokraci.pl]

















no tak, ale co z tego wynika?? my to wiemy, czytamy siebie na wzajem i przytakujemy i co…?? 30% społeczeństwa nadal chce głosowac na koalicyjny układ co daje im szanse dalej sprawować władze. a jeżeli nadal tak jest to znaczy że do tej części populacji nie dociera zdroworozsądkowa i rzeczowa argumentacja…trza urzyc innych argumentów, w inny sposób “sprzedać” prawdę, w prostszy, łatwiej przyswajalny czyli dosadny a nie zawualowany w wywód byłego ministra finansów z wieloma “mądrymi” -czytaj niezrozumałymi- terminami dla przeciętnego wyborcy PiSu, LPRu i Samoobrony;) coś ostatnio się zmieniło: lewica +demokraci i PO zaczęły tworzyc reklamówki wyborcze bardziej odważniejsze, bardziej zaczepne,prostrze w formie i co z tego że poziomem bliższe ciemnoludowi..ważne by były skuteczne!!!mam nadzieje że to dopiero początek i żałuje że przebudzenie nastąpiło tak późno…
Kurka blogi polityczne stały się ostatnio wysoce popularne
Ale to może i lepiej…
Ale to prawda – co z tej wiedzy wynika? Blogi to też jakiś tylko odcinek czyta, zdanie nowoczesne też ma tylko grupa a poglądy ludzi, którzy ogłaszają Jezusa Królem IV RP wciąż sporo. Jakoś mnie ta moja wiedza nie pociesza.
No tak, dla przeciętnego ciemnego luda nic to nie wnosi, ale może myslacych zmusi do jakieś refleksji i pójścia na wybory. Bo PIS wygrał dlatego, że większość mniejszości głosujących ich poparła, a nie dlatego, że było takie oczekiwanie całego społeczeństwa.
To jest troszkę jak z G.Bushem, który w kampanii 1990 r. obiecywał obniżkę podatków i zastrzegał się, że nigdy ale to nigdy podatki za jego kadencji nie wzrosną (”read my lips”).
Po jakimś czasie podatki wzrosły, prezydent klepnął, a media zaczęły się z niego naśmiewać właśnie zdaniem “czytajcie z moich ust” (troszkę jak naszowałęsowym “nie chcem ale muszem”).
Niestety, *mam pewność*, że Zyta jako ministerka z ramienia PO także nie zdobyłaby się na odwagę.
A przecież tylko do odważnych świat należy.
Wydaje mi się jednak, że prędzej, czy później do “ciemnego luda” co nieco dociera, jak nie bezpośrednio przez blogi i prasę, to przez zwykłe rozmowy. Wystarczy, że w danym gronie znajdzie się chociaż jedna osoba jakoś orientująca się i coś już tego wynika
.
Słynna praca u podstaw w końcu ;]
pisarzy i moralizatorów tych politycznych mamy jak widać całą masę …szkoda tylko; że na siedzonkach sejmowych brak nam prawdziwych specjalistów…tych od zarząrzania, ekonomii, finansów itp itd
school fucking